10.04.2015

Serialowe szaleństwo: nie śpię, bo „Gra o tron”

Poniedziałek może być ciężkim dniem jeśli – zgodnie z deklaracjami – Polacy nie będą spać, bo na Facebooku „Gra o Tron”. Dziś seriale są nie tyle produktem, co wielką machiną promocyjną. Jeśli uda się ją rozpędzić, widz nawet nie musi płacić za oglądanie, by udało się na nich zarobić.

Rozkręcona serialowa machina

Przed dwoma laty na brzegu morza w Wielkiej Brytanii pojawiła się gigantyczna czaszka smoka. Cień przelatującego potwora odbijał się też na wielkoformatowych płachtach, zawieszonych na wieżowcach i prześwitywał przez druk jako tło całych stron drukowanych gazet. Słowa „Winter is coming” mówiły wszystko. Dziś nie trzeba mówić nawet i tego. Wydarzeniem wieczoru i nocy z 12 na 13 kwietnia i tak będzie premiera nowego sezonu „Gry o tron”.

W Polsce pierwszy odcinek będzie można obejrzeć w internecie 13 kwietnia o 3 w nocy. Kilkadziesiąt tysięcy osób na Facebooku deklaruje udział w wydarzeniu Nie śpię, bo „Gra o tron”. Prawdopodobnie jednak nieśpiących widzów będzie dużo więcej.

Serial od początku był projektem przeprowadzanym bez żadnych kompromisów – efekt jest taki, że przed premierą piątego sezonu wszyscy już tylko spokojnie odcinają kupony: HBO, twórcy serialu i spora część marek, którym pod „Grę o tron” udało się podczepić.

Dziś media bardziej niż smoczymi czaszkami na plaży żyją informacją, że serialowy Jon Snow jest nową twarzą Jimmy Choo, a Sansa Stark promuje ubrania Karen Miller. Chorwacja, gdzie kręcona jest część zdjęć, ogłosiła, że w 2014 roku odwiedziła ją rekordowa liczba turystów. Zostawili oni tam około 7,4 mld euro. Władze kraju otwarcie mówią, że to efekt „Gry o tron” i po cichu liczą, że Chorwacja dzięki serialowi zyska na popularności tak, jak Nowa Zelandia dzięki „Władcy Pierścieni”.

Biznesowa machina rozpędziła się tak bardzo, że… ostatnie sezony serialu powstaną szybciej niż książkowe zakończenie sagi George’a R.R. Martina, na podstawie której jest on kręcony.

Filmowa branża w  nowych czasach

Podobnych przykładów sukcesu „starych” form w „nowych” czasach, czyli filmów i seriali w dobie Internetu, jest więcej. Jak widać branża wcale nie upada, mimo, że poprzedni sezon „Gry o tron” ściągnięto z sieci nielegalnie 8 milionów. Między innymi po to, by ograniczyć piractwo, teraz premiera odbędzie się dokładnie w tym samym czasie na całym świecie, a pierwszy odcinek dostępny będzie za darmo.

Jeszcze lepiej z piratami radzi sobie Netflix, czyli internetowa telewizja, która wyprodukowała m. in. „House of Cards” – serial elektryzujący publiczność nie mniej niż „Gra o tron”. Badania wskazują, że ściąganie z sieci było najpowszechniejsze w krajach, gdzie… nie ma Netflixa. Polska niestety znalazła się w czołówce krajów z największą skalą piractwa, ale dobra wiadomość jest taka, że już wkrótce Netflix ma się pojawić i na naszym rynku. Obecnie serwis działa w 40 krajach, ale ma ambitny plan by być dostępnym na całym świecie w ciągu 5 lat.

Na czym zarabia zatem Netflix? Produkcja „House of Cards” zelektryzowała nie tylko widzów, ale i całą branżę, bo był to pierwszy serial wyprodukowany wyłącznie dla internetu i dostępny za darmo. W Netflixie wyliczono, że aby wyjść na zero, potrzeba po prostu ściągnąć do serwisu 565 tysięcy stałych użytkowników, płacących miesięczny abonament w wysokości 7,99 dolara. Serial nie był więc czymś, na czym Netflix chciał bezpośrednio zarabiać, ale przynętą dla nowych klientów i inwestycją w rozwój biznesu. Jak widać bardzo skuteczną – w lutym 2013 roku, podczas premiery „House of Cards”, Netflixowi przybyło 17 mln nowych użytkowników.

Czy serial to jeszcze produkt?

Zarówno HBO, jak i Netflix w „nowych czasach” postawiły na świetny produkt z doskonałą, wielokanałową promocją. Jak widać opłaciło się – bez względu na poziom piractwa firmy te wychodzą na swoje i to z nawiązką.

Wymagało to jednak wyjścia poza stereotypy myślenia o produkcjach filmowych, jako o inwestycjach, które same muszą na siebie zarobić. Model taki powoli już przenoszony jest na rodzimy grunt – pierwszą jaskółką zmiany był serial HBO Wataha. Sześć odcinków wystarczyło, by cała Polska odkryła na nowo Bieszczady. Dziś każdy serial sam w sobie jest nie tyle produktem, co wielką machiną promocyjną. Jeśli uda się ją rozpędzić, widz nie musi płacić za oglądanie. Na fali zainteresowania, mody, czy wręcz szaleństwa – i tak uda się zarobić.

Przykładem na to jest choćby film „50 twarzy Greya” – napięcie związane z produkcją budowano przez ponad dwa lata, i choć w tym przypadku realizacja być może nie sprostała wszystkim gustom, to jednak sprawdzić, jak wyszła twórcom ekranizacja, chcieli nawet sceptyczni.

Dobra wiadomość dla fanów seriali jest taka, że wysoka jakość podtrzymuje zainteresowanie kolejnymi odcinkami i sezonami, więc tu raczej producenci poziomu opuszczać nie będą. Jeśli serial ma być dla stacji naprawdę skuteczną reklamą, to jak widać musi być reklamą z najwyższej półki.

Artykuł prof. Roberta Kozielskiego przy współpracy z Panią Agatą Mardosz został opublikowany w portalu biznes.pl.